Zmiana czy kontynuacja?
Bardzo medialne hasło „zmiany” z kampanii prezydenckiej Baracka Obamy rozbudza nadzieje na nowy początek na wielu płaszczyznach polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Obok pytania o „nowe otwarcie” w stosunkach z Iranem pojawia się także i takie o nieśmiałe o relacje z Izraelem i przyszłość bliskowschodniego procesu pokojowego.
Myślą przewodnią kampanii prezydenckiej Baracka Obamy była wizja „zmiany”, zarówno w odniesieniu do polityki wewnętrznej (głównie w służbie zdrowia) jak i zagranicznej. Społeczność międzynarodowa zmęczona unilateralizmem ekipy Georga W. Busha, z żywym zainteresowaniem śledziła słowa senatora z Illinois. Nie mniej ożywione były komentarze analityków, które pojawiały się po kolejnych zapewnieniach o konieczności „nowego otwarcia” w relacjach z Iranem, które bezpośrednio przełożyłyby się na sytuację w całym regionie Bliskiego Wschodu. Obamę krytykowano nie tylko za naiwną (dla niektórych wypływającą z typowego dla Demokratów idealizmu) wiarę w sprawczą moc dialogu z autorytarnym, islamskim państwem, ale również za silne postanowienie doprowadzenia do rozwiązania konfliktu izraelsko- palestyńskiego, na którym państwo żydowskie miałoby ucierpieć (mowa tu o koncepcji dwóch państw, która przewiduje utworzenie obok Izraela państwa palestyńskiego). Dzisiaj oba problemy wyznaczają ramy, w jakich administracja Baracka Obamy będzie mogła (i musiała) prowadzić dialog, jeśli chce osiągnąć sukces na Bliskim Wschodzie. Ale dodatkowym czynnikiem, jest teraz nowy rząd Izraela.
Nieróżowa rzeczywistość
W sporze palestyńsko- izraelskim praktycznie wszystkie strony są ze sobą skonfliktowane lub w jakiś sposób do siebie uprzedzone. Nie ma mowy o zaufaniu, nie ma mowy o dialogu. Hamas z Izraelem nie rozmawia, bo go po prostu nie uznaje. Izrael, do spółki z USA i UE nie rozmawiają z Hamasem, bo jest to organizacja terrorystyczna, a jak wiadomo, z terrorystami się nie negocjuje (sprawa kaprala Szalita jest wyjątkiem, potwierdzającym regułę). W Palestynie Hamas nie rozmawia z Fatah, bo to zawzięci wrogowie w wojnie o władzę i mający tak różne wizje przyszłości tych terenów, że trudno im się pogodzić. Można się łudzić, że Egipt jest pośrednikiem wszystkich ze wszystkimi. Jednak jego przywódca Hosni Mubarak w Hamasie (który jest jednym z kluczowych graczy i bez którego wysiłki pokojowe spełzną na niczym) widzi jedynie zagrożenie, bowiem Hamas wspiera organizację, która sprzyja obaleniu Mubaraka i dąży do udaremnienia przekazania władzy nad Egiptem synowi. Pod koniec marca pojawił się nowy, polityczny problem- na czele dyplomacji Izraela stanął Avigdor Lieberman, radykalnie prawicowy polityk, który w ostatnich tygodniach zasłynął stwierdzeniem, że Mubarak „powinien iść do diabła”. Jeszcze przed zatwierdzeniem przez Kneset składu rządu po lutowych wyborach parlamentarnych w Izraelu, Kair ostrzegał, że powstanie skrajnie prawicowego rządu, gdzie pierwsze skrzypce (obok premiera) będzie grał Lieberman, może doprowadzić do pogorszenia relacji między tymi państwami. Po dogadaniu się z lewicową Partią Pracy Ehuda Baraka, rząd Benjamina Netanjahu nie wydaje się już tak skrajnie prawicowy, jednak mozaika przeróżnych partyjek oraz radykalnie prawicowy szef dyplomacji nie wróżą stabilności i zrozumienia w relacjach z Kairem (zresztą nie tylko z nim, o czym za chwilę). Rozszyfrowując zagadkę bliskowschodnich aliansów (lub raczej ich braku) dochodzi się do wniosku, że kluczowe dla tej sprawy są dwa pytania: jak bardzo izraelski rząd jest zdeterminowany do rozwiązania konfliktu z Palestyńczykami oraz czy Hamas dogada się z Fatahem w Autonomii Palestyńskiej co do przyszłości tych terenów. Po dłuższym zastanowieniu należy stwierdzić, że zarówno Izrael, jak również Autonomia Palestyńska same swoich problemów nie rozwiążą. Potrzebują mediacji z zewnątrz, zaoferowanej od kogoś o świeżym i nie zbrukanym współpracą z Bushem, podejściu do konfliktu bliskowschodniego. Bryzą takiej świeżości jest nadejście nowej administracji Białego Domu. Tylko czy bryza ta będzie wystarczająco silna by zmienić cokolwiek?
Ambitne plany Obamy
Nowością w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych jest chęć nawiązania dialogu z Iranem i Syrią, oskarżanymi o wspieranie ruchów fundamentalistycznych. Nie ulega wątpliwości, że to przez pryzmat tych ambicji należy analizować postępowanie Białego Domu wobec Izraela- państwa, któremu Teheran i Damaszek odmawiają prawa do istnienia i przeciw któremu dozbrajają organizacje takie jak Hamas czy Hezbollah. Barack Obama bez wątpienia jest bardziej propalestyński niż jego poprzednik, który ślepo popierał tylko jedną stronę- rząd z Tel Awiwu. Jeszcze podczas kampanii prezydenckiej stwierdził, że: „Nikt nie cierpi bardziej, niż naród palestyński”. Zraził tym do siebie znaczną część żydowskiego elektoratu i już później nie wracał do tego tematu. Jako prezydent, też wysłał kilka pozytywnych sygnałów wobec Palestyńczyków. W swojej mowie inauguracyjnej podkreślał konieczność nawiązania dialogu z muzułmanami, a pierwszym przywódcą do którego zadzwonił po uroczystości był Mahmud Abbas, przywódca Autonomii Palestyńskiej. Nie bez znaczenia jest również mianowanie specjalnego wysłannika na Bliski Wschód, którym został George Mitchell, autor raportu z 2001 r., wyraźnie zalecającego wstrzymanie budowy izraelskich osiedli na Zachodnim Brzegu, co było nie po myśli izraelskich władz.
Ponadto amerykański przywódca coraz częściej i głośniej mówi o konieczności utworzenia dwóch państw na spornych terenach (tak zwane two- state solution - obok Izraela miałoby powstać państwo palestyńskie). To również jest nie w smak władzom z Tel Awiwu. O potrzebie takiego rozwiązania przekonywała również nowa sekretarz stanu Hillary Clinton, która na początku marca odwiedziła Bliski Wschód. Za nieuniknione uznała ona utworzenie państwa palestyńskiego i zapewniła, że Stany Zjednoczone będą zabiegać o takie rozwiązanie. Clinton pozwoliła sobie również, według niektórych komentatorów za mało stanowczo, na krytykę rozbudowy osiedli w Strefie Gazy. Przypomnijmy, że „mapa drogowa” z 2003 r. zakazuje powstawania nowych i rozbudowy starych osiedli żydowskich. Administracja Obamy jest przekonana, że istnienie obok siebie dwóch państw, leży w interesie Izraela i całego regionu (podobnie w interesie Stanów Zjednoczonych, które chciałyby uspokoić region i dogadać się z Iranem i Syrią).
Ważnym sygnałem ze strony Amerykanów, było również odrzucenie dwóch próśb Izraela w kwestii uzbrojenia. Pierwsza dotyczyła dostarczenia dużej ilości bomb przeciw bunkrom, zdolnych przebić nawet sześciometrowe ściany ze zbrojonego betonu, druga wiązała się ze zgodą Amerykanów na utworzenie korytarza powietrznego, którym samoloty armii izraelskiej mogłyby przelecieć nad Irakiem w drodze do Iranu (raczej nie lecąc z przyjacielską wizytą). Odrzucenie tych wniosków pokazuje jedną, ważną rzecz- Amerykanie nie chcą, by Izrael wzmacniał swój arsenał przeciwko Iranowi. W tym kontekście znamienne są słowa doradcy prezydenta, Zbigniewa Brzezińskiego, który wyraźnie zapowiada, że Izrael nie powinien atakować państwa irańskiego, bo nie ma wystarczających środków, by zniweczyć jego program atomowy. Implicite oznacza to, że w przypadku, gdy Izrael zdecyduje się na taki krok, nie otrzyma amerykańskiej pomocy. Brzeziński mówił zresztą: „Nie radzę Izraelowi, żeby nas do tego nakłaniał, bo to może popsuć relacje izraelsko- amerykańskie”.
Izraelska zmiana warty
Podczas, gdy administracja Obamy zapoznawała się z nowymi gabinetami i fotelami, a analitycy intensywnie pracowali nad projektami polityki zagranicznej, w Tel Awiwie trwała kampania wyborcza do parlamentu. Wynik wyborów, według Roberta Stefanickiego z „Newsweek Polska”, jest potwierdzeniem, że na Bliskim Wschodzie sprawdza się prawo Murphy’ego: „Jeśli coś może pójść źle, to na pewno pójdzie”. Patrząc na skład koalicji parlamentarnej oraz rządu trudno nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Misję stworzenia rządu prezydent Szimon Peres powierzył przywódcy prawicowego Likudu Benjaminowi Netanjahu. Ten wykształcony na Uniwersytecie Harvarda polityk, miał już okazję być premierem w latach 1996-1999. To on, po zamachach bombowych zdecydował się anulować postanowienia osiągnięte w Oslo w 1993 r., stanowiące podstawę prawną do utworzenia Autonomii Palestyńskiej. Wynik lutowych wyborów zmusił go natomiast do poszukiwania porozumienia ze skrajnie prawicowymi ugrupowaniami, w tym z partią Israel Beiteinu Avigdora Liebermana, radykalnie prawicowego polityka. Podczas kampanii wyborczej nawoływał on między innymi do bombardowania Ramallah (siedziby władz Autonomii Palestyńskiej), co miało być akcją odwetową wobec zamachów samobójczych ze strony Palestyńczyków. Mówił również, o topieniu więźniów w Morzu Martwym czy dokonywaniu egzekucji na arabskich członkach Knesetu, którzy odważą się spotkać z Hamasem. W końcowej fazie formowania rządu, Natanjahu zdołał dogadać się z lewicową Partią Pracy (Awoda) Ehuda Baraka, mającą zamiar stać się przeciwwagą dla prawicowej części rządu. Umowa koalicyjna przewiduje, że rząd będzie respektował wszystkie międzynarodowe zobowiązania, łącznie z tym, przewidującym państwo palestyńskie. Jednakże przymierze z Liebermanem, który stanął na czele dyplomacji Izraela, raczej nie wzbudza światowej sympatii dla tego rządu, a administrację Obamy stawia w bardzo niezręcznej sytuacji.
Świat arabski z jeszcze większą niechęcią (jeśli nie z nienawiścią) spoglądać będzie teraz na rząd z Tel Awiwu. Mimo zapewnień Netanjahu, który w Knesecie mówił, że będzie robił wszystko, by utrzymać stały pokój z sąsiadami, trudno mu będzie przekonać o szczerości swoich dążeń do rozwiązania tej kwestii. Izraelowi potrzeba co najmniej tak widocznej zmiany w polityce zagranicznej, jak ta, zapowiedziana przez Obamę w USA. Niestety, w tym samym przemówieniu w Knesecie nie wspominał on o powołaniu państwa palestyńskiego w sąsiedztwie Izraela, i okopał się jedynie na wcześniej zapowiadanej pozycji „współpracy” z władzami Autonomii Palestyńskiej. To raczej nie może satysfakcjonować Stanów Zjednoczonych.
Dwuwektorowa zmiana
Barack Obama jest silnie zdeterminowany, by rozwiązać konflikt bliskowschodni i doprowadzić do pokoju w regionie. Dla niego oznacza to konieczność utworzenia dwóch państw obok siebie, do czego potrzebuje wsparcia świata arabskiego- zarówno Egiptu jak i Iranu i Syrii. Izraelowi również zależy na spokoju i bezpieczeństwie wokół swoich granic. Jednak obecny rząd nieco inaczej widzi rozwiązanie sytuacji, niż chociażby widziała ją Cipi Liwni, była minister spraw zagranicznych, a Autonomia Palestyńska pojmowana jest w kategoriach zagrożenia dla egzystencji państwa. Amerykańskie i izraelskie koncepcje rozwiązania kryzysu bliskowschodniego zdają się biec dwuwektorowo, co nie wróży dobrze dla relacji tych dwóch państw. Nie można oczekiwać, że USA nagle zaczną krytykować Izrael, ale można się spodziewać znacznego zwrotu w tych relacjach. Dla administracji Obamy kluczowym elementem nie będzie już bezwarunkowe wsparcie dla postępowania Izraela, ale wielostronny dialog z jego wrogami (jeśli mu na to pozwolą). Izrael z kolei nie pozwoli sobie na utratę poparcia ze strony amerykańskiej, bo oznaczałoby to de facto jego izolację i jeszcze większe zagrożenie ze strony państw islamskich i organizacji ekstremistycznych. Prawicowy rząd i radykalny Lieberman będą zmuszeni nieco złagodzić swoją retorykę, zacisnąć pieści i usiąść do stołu rokowań porzucając coraz mniej realne nadzieje na „niepowstanie” państwa palestyńskiego.
Zmiana (lub kontynuacja) w relacjach na linii Waszyngton- Tel Awiw oraz przyszłość procesu pokojowego zależy teraz w dużej większej mierze od rządu Netanjahu. Musi on nie tylko przytemperować swoje ambicje i przedłożyć nad popularność polityczną dobro Izraelczyków, ale również, co będzie najtrudniejsze wobec wszechobecnej i głęboko zakorzenionej podejrzliwości, zaufać po trosze Amerykanom, po trosze Palestyńczykom i światowi arabskiemu. Jeśli jego rząd tego nie zrobi i usztywni się w swoich egoistycznych dążeniach, to bryza zmian wiejąca od Zachodu może zmienić się w niezły huragan, na którym najgorzej wyjdzie Izrael, pozbawiony nawet szans na decydowanie o przyszłości Palestyny. I żadne bomby wówczas nie pomogą. Najwyżej zmiana rządu.
Małgorzata Jastrzębska
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.





