Stosunki międzynarodowe, dyplomacja, polityka - Notabene

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Home Notabene nr2 Erasmus: przygoda życia

Erasmus: przygoda życia

Email Drukuj PDF

Erasmus - przygoda życia

Koniec stycznia,  egzaminacyjna sesja zimowa trwa w najlepsze, a dodatkowo wielu studentów staje przed wyborem: Jaki kraj? Jakie miasto? Jaki uniwersytet? Różnorodność destynacji i pozytywne relacje powracających znajomych sprawiają, że wyjazdy stypendialne w ramach programu Erasmus stają się coraz  bardziej popularne.

Każdy student decydując się na udział w rekrutacji, oprócz zebrania kompletu dokumentów, musi zastanowić się, jakie są jego cele i oczekiwania w związku z semestralnym lub całorocznym pobytem za granicą. Należy wskazać w preferowanej kolejności trzy uczelnie, z których jedna, w przypadku pomyślnej rekrutacji, będzie miejscem naszej edukacji. Ważne jest, aby upewnić się, w jakim języku będą odbywały się zajęcia akademickie. Oczywiście, wybór uniwersytetów jest przeważnie duży i każdy powinien znaleźć coś odpowiedniego dla siebie.
Będąc studentem Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, mogłem ubiegać się o stypendium na jednej z ponad osiemdziesięciu uczelni partnerskich w całej Europie. W moim przypadku, wybór padł na Brukselę. Wyniki rekrutacji poznałem na początku marca i wtedy po raz pierwszy poczułem, że mój plan się powiódł. „Będę studiował w stolicy Europy!”- pomyślałem. Do załatwienia pozostało kilka formalności: wybór przedmiotów, wypełnienie dokumentów, korespondencja z uczelnią przyjmującą. Dzięki pomocy koordynatora, procedura przebiegła sprawniej i łatwiej niż mógłbym się spodziewać. Na przełomie maja i czerwca zatroszczyłem się o 6-miesięczne zakwaterowanie w Brukseli i transport. Napięcie stopniowo rosło…

How are you? Très bien!

Moja erasmusowa przygoda zaczęła się 13 września 2008 roku. Stanąwszy u progu położonego nieopodal brukselskiego rynku akademika, usłyszałem głosy dobiegające z różnych części budynku. Niemal każde słowo rozbrzmiewało w innym języku. Angielski, francuski, hiszpański, włoski, niemiecki, flamandzki, szwedzki a nawet… jidysz i chiński! Z wielkim zainteresowaniem przestąpiłem próg akademika i pospieszyłem do kuchni, skąd dobiegał największy hałas. Okazało się, że w całym budynku odbywa się impreza powitalno-integracyjna nowo przybyłych studentów. Każdy z nas przedstawiał się w swoim języku, a następnie tłumaczył słowa na uniwersalny angielski lub francuski. Już pierwszego dnia poznałem ludzi z różnych zakątków świata. Międzynarodowe towarzystwo to jeden ze znaków rozpoznawczych wyjazdów stypendialnych w ramach programu Erasmus. Przez pół roku, miałem okazję spotkać wielu młodych ludzi reprezentujących różne kultury i postawy życiowe. Od każdej osoby mogłem się czegoś nauczyć. W czasie niezliczonych godzin rozmów poznałem genezę flagi Hiszpanii, zasady panujące w izraelskiej armii, usłyszałem relację naocznego świadka z przebiegu antyrządowych demonstracji na Węgrzech, byłem przekonywany o pięknie francuskiego miasta Montpeiller. Niemal wszystkich cechowała otwartość i życzliwość. W pamięć zapadł mi obraz studentów z Izraela i Libanu, dniami i nocami debatującymi nad przyczynami i możliwymi rozwiązaniami konfliktu izraelsko-arabskiego. Pozytywny stosunek do stypendystów przejawiała też większość studentów belgijskich. Zajęcia akademickie odbywały się w grupach łączonych, co sprzyjało integracji. Zrozumiałem przyczyny federacjonizmu belgijskiego i kryzysów rządowych dotykających ten kraj. Ponadto, miejscowi studenci chętnie służyli pomocą w sprawach organizacyjnych. Dzięki temu, pierwsze tygodnie w Brukseli przebiegły znacznie łatwiej.
Niemal każdy „Erasmusowiec” opuszcza granice swojego kraju z nadzieją poprawy znajomości i płynności języków obcych. W tym wypadku nie byłem wyjątkiem. Przed wyjazdem do Brukseli płynnie posługiwałem się językiem angielskim i niemieckim. Wiedziałem, że w pierwszym z nich będzie odbywała się większość zajęć na uczelni, a drugi może mi ewentualnie posłużyć w kontaktach ze studentami z niektórych krajów. W życiu codziennym zamierzałem komunikować się w języku francuskim, którego naukę rozpocząłem dwa lata temu. Jak się okazało, był to strzał w dziesiątkę! Bruksela jest multikulturowym tyglem i niemal każdy mieszkaniec płynnie porozumiewa się w języka Moliera. W piekarni, sklepie spożywczym, pralni, centrum sportowym, muzeum… wszędzie starałem się mówić po francusku. Z czasem poczułem się pewnie i często nachalnie rozpoczynałem rozmowę w tramwaju czy metrze. Czytałem gazety i słuchałem francuskich audycji radiowych. Byłem z siebie dumny! Z przekonaniem mogę stwierdzić, że w czasie kilku miesięcy pobytu w Brukseli nauczyłem się niemal tyle, co przez ostatnie 2 lata nauki francuskiego. Po powrocie do Polski, z zapałem przystąpiłem do dalszej edukacji. Pobyt w Belgii utwierdził mnie w przekonaniu, że praktyka czyni mistrzem. Co więcej, polscy studenci absolutnie nie mają się czego wstydzić! Na tle innych nacji, nasz poziom znajomości języków obcych wypada bardzo dobrze. Francuzi najchętniej wypowiadają się we własnym języku, a poziom znajomości angielskiego przez pewnych siebie Hiszpanów i krzykliwych Włochów jest mówiąc delikatnie, bardzo zróżnicowany.

Pęd ku wiedzy

Wielką korzyścią płynącą z wyjazdu jest możliwość studiowania na zagranicznej uczelni. Poziom uniwersytetów jest oczywiście zróżnicowany i uzależniony od wielu czynników, ale popularna wśród wielu studentów teza, że „w czasie Erasmusa nie trzeba się uczyć” jest błędna. Choć wykładowcy mogą spoglądać na zagranicznych studentów nieco łaskawszym okiem, to nie zwalnia to nikogo z pisania prac zaliczeniowych i przystępowania do egzaminów końcowych. W moim wypadku wszystko zakończyło się pomyślnie, ale spotkałem osoby, które nie zdołały przekroczyć magicznego w Belgii progu 50% + 1. Ogólnie, nie ma się jednak czego obawiać. Wybór przedmiotów jest przeważnie duży, można uczęszczać na zajęcia pokrewnych wydziałów. Wykładowcy kładą nacisk na merytoryczne, regularne przygotowanie i aktywność. Formuła zaliczeń odbiega nieco od standardów polskich. Większość egzaminów pisemnych składa się z części testowej i tzw. „otwartej”, gdzie w oparciu o własne notatki i materiały prasowe należy napisać esej na zadany temat. Nacisk położony jest na analityczne myślenie i umiejętności interpretacyjne studenta. Niedopuszczalne, ale i niepraktykowane jest ściąganie i podpowiadanie. Wyjątkiem był pewien włoski student, który w czasie jednego z egzaminów nagminnie naruszał świętą zasadę ciszy w sali i został przez prowadzącego poproszony o jej opuszczenie.
Do gustu przypadła mi też organizacja przestrzenna uniwersytetu, na którym przyszło mi studiować. Wszystkie budynki (oprócz wydziału medycyny) skupione były w jednym miejscu, a poszukiwanie sal zajęciowych w pierwszych tygodniach nie nastręczało większych problemów. Na campusie uniwersyteckim znajdowała się też dobrze wyposażona biblioteka, księgarnia, stołówka, bary, poczta, centrum sportowe, otwarty stadion, a nawet bank…słowem, wszystko, co jest i może być potrzebne studentowi. Jeśli dodać do tego korzystną sieć połączeń tramwajowych i metra z uniwersytetem, to otrzymujemy obraz uczelni dobrze przygotowanej na przyjmowanie „Erasmusowców”. Pozytywnie oceniam też działanie Biura ds. studentów zagranicznych, którego pracownicy ułatwiają rozwiązanie wszelkich spraw formalnych.

Podróże małe i duże

Pobyt w Belgii oznaczał dla mnie też podróżowanie i poznawanie piękna krajów Beneluksu. Niezwykle pomocna w tym zakresie okazała się organizacja ESN (Erasmus Student Network). Jest to ogólnoeuropejska instytucja zrzeszająca studentów, której jednostki działają na wielu uniwersytetach w Europie (w tym w Polsce). Współpraca brukselskich „ESN-owców” z „Erasmusowcami” przebiegała bardzo sprawnie. Belgijscy studenci, oprócz imprez tematycznych, wydarzeń sportowych i kulturalnych, organizowali rozmaite wycieczki. Wydając niewiele pieniędzy, zwiedziłem Antwerpię, Brugię, Gandawę, Leuven i Ostendę. Po upływie miesiąca, „zlokalizowałem” w międzynarodowej braci studenckiej pasjonatów podróżowania. Wkrótce odwiedziliśmy Amsterdam, Rotterdam, Waterloo i Liege. Mimo długimi okresami nieznośnej pogody, bardzo ciepło wspominam te chwile! Godna uwagi jest też niewątpliwie sama Bruksela. Dzielnica europejska, niezliczone parki i muzea stanowią jedynie część miejsc wartych odwiedzenia. Królestwo piwa i czekoladek szczególnie pięknie prezentuje się w okresie przed bożonarodzeniowym, gdy Grand Place (centralny plac miasta) ozdabia 30-metrowa choinka, tysiące migoczących światełek i szopka z żywym inwentarzem. Wokół rynku rozkładają się kramy, w których przy akompaniamencie radosnej muzyki można kupić świąteczne kulinaria i ozdoby z całego świata. Multikulturowość miasta nabiera wówczas szczególnego znaczenia…

Pozauczelniana działalność

Niektórzy studenci decydują się w czasie wyjazdu zagranicznego na podjęcie dorywczej pracy lub odbycie praktyk. Jest to, moim zdaniem, rozwiązanie optymalne i, przy dobrej organizacji czasu, bezproblemowo wykonalne. Niezwykle ważne jest, aby o dodatkowej formie aktywności pomyśleć jeszcze przed wyjazdem. Im wcześniej, tym lepiej! Można popytać znajomych, którzy wcześniej studiowali w danym kraju lub poszperać w Internecie. W trakcie pobytu w Brukseli, odbywałem staż w biurze jednej z polskich eurodeputowanych w Parlamencie Europejskim oraz pracowałem w Biurze Informacyjnym Województwa Opolskiego reprezentującym urząd marszałkowski. Przez kilka miesięcy, posiadłem wiedzę i nowe, praktyczne umiejętności. Z czasem, nauczyłem się szybkiego i efektywnego wykonywania powierzonych zadań. Poznałem „od wewnątrz” metody funkcjonowania instytucji europejskich. Spotkałem i rozmawiałem z ludźmi, którzy do tej pory przemawiali do mnie jedynie z gazet i książek. Zdziwiłem się, gdy zobaczyłem europosła Giertycha siedzącego w swoim gabinecie i wnikliwie czytającego Gazetę Wyborczą; wzruszyłem, gdy przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Hans-Gert Pöterring, ciepło wypowiadał się o Polsce przy okazji wystawy o EURO 2012; ucieszyłem, gdy ambasador RP przy Unii Europejskiej, Jan Tombiński, pochwalił mnie za przygotowanie polskiego stanowiska na międzynarodowe targi inwestycyjne. Przychylne słowa przełożonych, szczególnie w ostatnim dniu pracy, wzmocniły moją pewność siebie i poczucie własnej wartości. Zrozumiałem, do czego chcę dążyć i co powinienem robić, aby to osiągnąć. Jestem przekonany, że zdobyte doświadczenie zaprocentuje w przyszłości.
Choć od mojego powrotu z Erasmusa minęły już prawie 3 miesiące, to nadal entuzjastycznie wspominam czas spędzony w Brukseli. Począwszy od stresu związanego z nową sytuacją, poprzez fascynację miastem, aż do żalu w momencie wyjazdu. Blisko 6 miesięcy i setki nowych przeżyć i doświadczeń. Dziesiątki poznanych ludzi i odwiedzonych miejsc. Kilka pudełek belgijskich czekoladek zakupionych dla rodziny i znajomych. I jedno, krótkie podsumowanie: „niezapomniana przygoda życia!”.
Wyjazd stypendialny w ramach programu Erasmus to świetna okazja, aby poznać świat i samego siebie. Aby znaleźć się w nowej, często nieprzewidywalnej rzeczywistości. Aby zaznajomić się i zrozumieć kulturowe i światopoglądowe różnice. Aby zacząć patrzeć na świat szeroko otwartymi oczami. Każdy kraj, każde miasto, każdy uniwersytet ma swój niezapomniany urok. Dlatego, jeśli ktoś zapyta mnie, czy warto, bez wahania odpowiem „oczywiście!”.

Maciej Kmieciak
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.