Irean reaktywacja
Kwestia uregulowania stosunków z Iranem, stała się jednym z priorytetów administracji nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Barack Obama ma szansę zdobyć się na milowy krok, w drodze ku przełamaniu wzajemnej wrogości i nawiązać współprace, która będzie miała istotne znaczenie w stabilizowaniu sytuacji na Bliskim Wschodzie.
Nieefektywność amerykańskiej polityki wobec Republiki Islamskiej, której dobitnym wyrazem jest brak porozumienia i utrzymujący się stan napięcia we wzajemnych relacjach, wskazuje, że konieczna będzie zmiana dotychczasowego paradygmatu. Spośród wytycznych, których powinien przestrzegać nowy gospodarz Białego Domu w swojej polityce bliskowschodniej, na pierwszy plan wysuwa się konieczność odstąpienia od nieprzyjaznej retoryki, piętnującej Iran jako kraj niedemokratyczny, popierający terroryzm, łamiący prawa człowieka itp. Owa Retoryka , silna zwłaszcza w okresie prezydentury G.W. Busha (jej dobitnym przykładem, było zaliczenie w 2002 r. Iranu, obok Korei Płn. i Iraku , do krajów „osi zła”), przyniosła Stanom Zjednoczonym więcej strat aniżeli korzyści.
Republika Islamska wykorzystała sytuację, aby ukazać Waszyngton jako agresora zagrażającego nie tylko międzynarodowemu bezpieczeństwu Iranu, ale również jego porządkowi wewnętrznemu. USA obarczono główną odpowiedzialnością za izolację Iranu, mimo iż przyczyniła się do niej polityka samego Teheranu.
Wróg mojego wroga
Doświadczenie ostatnich trzydziestu lat podpowiada kilka rozwiązań, które mogłyby przynieść powodzenie na gruncie dwustronnych rozmów, nie powielając tym samym błędów, popełnianych przez poprzednie administracje. Obecne władze w USA powinny skoncentrować się na nawiązaniu dialogu z Teheranem w sprawach kluczowych dla obu państw, gdzie osiągnięcie porozumienia będzie łatwiejsze.
Pierwszym punktem zbiegu interesów jest Irak . Zarówno Waszyngtonowi, jak i Teheranowi powinno zależeć na zapewnieniu stabilnej sytuacji w kraju i utrzymaniu jego integralności terytorialnej. Pogrążony w chaosie Irak zaostrzyłby jeszcze bardziej napiętą sytuację na Bliskim Wschodzie, m.in. utrudniając walkę z terroryzmem oraz generując falę uchodźstwa do sąsiedniego Iranu, co niespecjalnie ucieszyłoby władze tegoż kraju. Co więcej pozostaje kwestia Kurdów. Niestabilność sytuacji w Iraku niechybnie umocniłyby próby utworzenia ich niepodległego państwa. Taki scenariusz stanowiłby poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego Iranu, który zamieszkuje 8-9 mln. Kurdów (drugie najliczniejsze skupisko po Turcji). Drugim punktem, wykazującym zbieżność interesów USA i Republiki Islamskiej, pozostaje Afganistan. Chodzi konkretnie o działania na rzecz ustabilizowania sytuacji w kraju: jego rekonstrukcję, przeciwdziałanie handlowi narkotykami, a także walkę z Al-Kaidą, będącą wrogiem nie tylko Amerykanów, ale i władz w Teheranie.
Tymczasowo należałoby pomijać kwestie, w których zderzają się interesy obu państw: konflikt palestyńsko-izraelski czy problem broni nuklearnej. Nie oznacza to, iż wymienione zagadnienia powinny zostać całkowicie pominięte w obustronnych rozmowach. Nawiasem mówiąc, jest to mało prawdopodobne , gdyż szczególnie te sprawy, w których interesy Waszyngtonu i Teheranu są niemalże całkowicie rozbieżne, eksponowane są w oficjalnych wypowiedziach przywódców. Niemniej w przypadku, gdy żadne państwo nie chce pójść na kompromis (administracja amerykańska z obawy przed kompromitacją i oskarżeniami o polityczną nieudolność; Iran, by nie sprawić wrażenia, że ugina się pod wolą USA, a tym samym nie stracić twarzy wśród państw muzułmańskich,) jedyną możliwą platformą porozumienia wydają się sprawy , które oba państwa bardziej łączą, aniżeli dzielą.
Siła polityczych gestów
Aby próba zbliżenia z Teheranem odniosła sukces, Waszyngton musi wiedzieć do czyich drzwi zapukać a tak się składa, iż człowiekiem numer 1 w Iranie od 1989 r. pozostaje Ajatollah Ali Chamenei, duchowy i polityczny przywódca narodu. Tym samym, droga do porozumienia z Iranem wiedzie poprzez rozmowy z doradcami Ajatollaha lub bezpośrednio z duchowym przywódcą. Mimo, iż odpowiedź Chamenei’a na niedawny apel Baracka Obamy o otwarcie nowego rozdziału we wzajemnych stosunkach, nie jest bynajmniej zachęcająca (ajatollah podkreślił, iż nie widzi zmiany w postawie USA wobec Iranu ,co należy rozumieć że nadal „pozostają znienawidzonym krajem na całym świecie”. Amerykańska administracja powinna wykazać się cierpliwością i wytrwale dążyć do ocieplenia wzajemnych stosunków. W końcu trudno się dziwić, iż irańskie elity chłodno oceniają pozytywne sygnały wysyłane przez Waszyngton.
Jeszcze kilka tygodni temu, Barack Obama gotów był zrezygnować z budowy tarczy antyrakietowej w Polsce w zamian za przyłączenie się Rosji do frontu antyirańskiego. Wstrzemięźliwa reakcja Moskwy na amerykańską propozycję, zmusiła Obamę do szukania rozwiązania problemu u jego źródeł. Niemniej jednak, czy można brać Iranowi za złe, że podejrzliwie traktuje posunięcia państwa, które przez ostatnie 30 lat było jego głównym wrogiem i które jeszcze kilkanaście dni wcześniej, próbowało nastawić przeciwko niemu dotychczasowego sojusznika?
W celu przygotowania gruntu pod ewentualne rozmowy, Stany Zjednoczone muszą pokazać, iż są gotowe uznać legalność władz Republiki Islamskiej oraz nie dążą do zmiany tamtejszego reżimu. Propozycja nawiązania dyplomatycznych stosunków ,byłaby tego znaczącym potwierdzeniem. Do Waszyngtonu należy pierwszy krok, gdyż to Amerykanie zerwali stosunki dyplomatyczne z Iranem w 1980 r., po tym, jak islamscy studenci, (protestując przeciwko poparciu udzielanemu przez USA obalonemu szachowi Rezie Pahlawiemu), zbrojnie zajęli ambasadę amerykańską w Teheranie, biorąc kilkudziesięciu zakładników. Nawiązanie stosunków dyplomatycznych nie oznacza automatycznego ,,związania się węzłem dogłębnej przyjaźni”, co i tak w tym przypadku jest na dzień dzisiejszy zdecydowanie niemożliwe. Jednak taka propozycja, byłaby gestem dobrej woli ze strony Waszyngtonu i stanowiła sygnał, iż hasło „zacznijmy od nowa”, rzucone przez Baracka Obamę, nie jest jedynie pustą retoryką.
Bliskowschodni happy end
Stany Zjednoczone powinny również zdawać sobie sprawę z tego, iż Chamenei nie zgodzi się na żadne porozumienie, które wskazywałoby na ugięcie się Iranu pod wolą Waszyngtonu. Duchowy przywódca nie pozwoli także, na wywoływanie jakiejkolwiek presji na władze republiki. Stany Zjednoczone muszą dać wyraźny znak, iż są gotowe traktować Iran jako równoprawnego partnera, co jest o tyle trudne, iż amerykańscy decydenci mają problem z zaakceptowaniem w tej roli dużo silniejszych państw od Iranu. Zmiana myślenia na szczytach władzy jest jednak konieczna, jeżeli Waszyngtonowi naprawdę zależy na konstruktywnym dialogu z Iranem. A ten, może okazać się kluczem do rozwiązania przynajmniej części istotnych problemów na Bliskim Wschodzie. W tym celu kluczowym zadaniem administracji Obamy, powinno być dążenie do odcięcia Hamasu i Hezbollahu od źródeł finansowania z Iranu oraz działanie na rzecz uznania przez Republikę Islamską rezolucji nr 242 i 388, potwierdzających de facto prawo do istnienia Izraela. W ten sposób uległby oczyszczeniu grunt pod kontynuację dialogu izraelsko-palestyńskiego.
Zaprezentowana możliwość pozytywnego wyjścia z impasu bliskowschodniego nie ma tym czasem szansy powodzenia bez dojścia do porozumienia dwóch dotychczas silnie zantagonizowanych stron. Oba państwa dźwigają trzydziestoletni bagaż nieprzyjemnych doświadczeń i mimo iż trudno jest zapomnieć o pełnej napięć i wzajemnych animozji przeszłości, zarówno Waszyngtonu, jak i Iranu nie stać dłużej na wzajemne obrzucanie się błotem i przerzucanie odpowiedzialności za utrzymywanie wrogich stosunków. Oczekiwania po stronie społeczeństwa amerykańskiego wobec nowej administracji są ogromne, ale co ciekawe, według niektórych badaczy stosunków irańsko-amerykańskich, nawet 80% społeczeństwa Republiki Islamskiej żywi nadzieję na poprawę wzajemnych relacji. Dialog jest zatem konieczny, ale musi opierać się na równoprawnej relacji uczestników. Wykluczone są użycie presji oraz próby zastraszania. Przez ostatnie dekady metody te poniosły klęskę, co wymusza zastosowanie nowej strategii. USA muszą stworzyć dla swego negocjacyjnego partnera poczucie bezpieczeństwa, zapewniając, iż nie dążą do zmiany jego reżimu poprzez obalenie republiki teokratycznej, a tego właśnie najbardziej obawiają się obecne elity władzy w Teheranie. To, jak potoczą się losy rozmów i czy w ogóle do nich dojdzie, stanie się być może najważniejszym testem dojrzałości politycznej Baracka Obamy i wykaże, czy piękna retoryka nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych ma przełożenie na efektywność w działaniu. Wielu polityków nie przetrwało tej próby. Póki co, pozostaje nam życzyć Obamie powodzenia.
Justyna Maciejczak
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.





